Nefmi na...

email Facebook GooglePlus Twitter Instagram

O pewnym nietypowym spotkaniu autorskim...


W ubiegły piątek miałam okazję być na spotkaniu autorskim z Pawłem Pollakiem, o którym jakiś czas temu Was informowałam. I wiecie co? Nigdy nie byłam na podobnym wydarzeniu...

Kiedy weszłam, niełatwo było mi się odnaleźć - ludzie tłoczyli się w Barbarze, rozmawiając i śmiejąc się. W rękach wielu z nich widziałam książki, które podobnie jak ja, przynieśli, by zdobyć autograf. Punktualnie o 18:00 skierowano nas do sali, w której odbywało się spotkanie. Krzeseł szybko zabrakło, więc ci, którzy nie mieli szczęścia, siedzieli na podłodze. Nawet nie zauważyłam, kiedy minęły 2 godziny. A spotkanie jeszcze się przeciągnęło, bo przecież ustawiła się kolejka do podpisywania książek...

Zazdrościcie mi, że mogłam wziąć udział w wydarzeniu? To teraz powiem, jak było naprawdę, bo to, co opisałam powyżej, to jedynie moje wyobrażenie o tym, jak powinny wyglądać spotkania autorskie.

Otóż na spotkaniu pojawiła się... tylko jedna osoba. Ja. Dotarłam na miejsce 10 minut przed rozpoczęciem i ze zdziwieniem zauważyłam, że oprócz samego pisarza i pani, która odpowiadała za organizację, nikogo nie ma. No nic, ciut zestresowana siadam na jednym z krzeseł i czekam, i wręcz błagam w myślach, żeby ktoś jeszcze przyszedł - głupio się czułam sama wśród tylu pustych krzeseł. Ale nikt więcej nie dotarł... 

Spotkanie trwało 15 minut. Podpisanie książek i chwila rozmowy.

Dlaczego tak wyszło? Teraz mogę sobie tylko gdybać. Może gdyby spotkanie było lepiej nagłośnione na Facebooku, więcej osób by przyszło? Może gdyby to była sobota, bo jednak piątek nie każdemu pasuje? Może gdyby w okolicy pojawiły się jakieś plakaty, ulotki, oznaczenia, przypadkowi przechodnie zainteresowaliby się wydarzeniem? Może, może, może...

Ale wiecie, z jakiego powodu jestem najbardziej zawiedziona? Bo Wrocław w tym roku jest Europejską Stolicą Kultury! Bo miasto niedawno otrzymał tytuł Światowej Stolicy Książki UNESCO! Widać, jak bardzo te tytuły są adekwatne. Widać, że tak naprawdę tylko niektóre wydarzenia i imprezy mają szansę się przebić. Wątpię, czy bez reklamy i rozgłosu tyle osób zainteresowałoby się festiwalami, muzeami i nie wiadomo, czym jeszcze.

Nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam Wrocław, popieram promowanie kultury tymi wszystkimi akcjami i projektami. Tylko zaczęłam się zastanawiać, czy to ma sens. Bo kiedy to wszystko się skończy i propozycje nie będą podawane na tacy, większość osób pewnie nie będzie już brała udziału w wydarzeniach kulturalnych. Ale może to tylko moje złudzenie, a na spotkaniu z panem Pollakiem nikogo nie było, bo tramwaje stanęły...