Nefmi na...

email Facebook GooglePlus Twitter Instagram

"Bogini oceanu" P. C. Cast



Na pewno przyjemnie byłoby powiedzieć, że zakończywszy sezon matur, przeczytałam ambitną lekturę, która od lat czekała na swoją kolej na mojej półce. Jednak po miesiącach czytania podręczników, zeszytów i od czasu do czasu lektur, pierwszą przeczytaną przeze mnie książką była "Bogini oceanu" autorstwa Phyllis Christine Cast, znanej przede wszystkim dzięki wielotomowej serii "Dom nocy". A żeby jakby tego było mało, jej recenzja przerwie również trwającą od kilku miesięcy ciszę na blogu. Czym sobie na to zasłużyła?

W dniu dwudziestych piątych urodzin Christine Canady wypowiada zaklęcie z nadzieją, że odmieni ono jej bezbarwne życie singielki. Nie spodziewa się jednak, że magiczne słowa w tak niezwykły sposób zaczarują rzeczywistość - kiedy jej samolot rozbija się na oceanie, życie Christine zmienia się na zawsze. Po odzyskaniu przytomności oszołomiona odkrywa, że znajduje się w legendarnym miejscu i czasie, w którym rządzi magia, a jej ciało przybrało postać mitycznej syreny Undine. W wodach czai się jednak niebezpieczeństwo. Litując się nad nią bogini Gaja, zamienia Christine ponownie w kobietę, by mogła poszukać schronienia na lądzie. Kiedy na ratunek przybywa przystojny wybawiciel, zamiast cieszyć się ze spełnionego marzenia, Christine tęskni za oceanem i seksownym trytonem, który skradł jej serce...

Tytuł, okładka, blurb, nawet nazwisko autorki, kojarzące mi się wyłącznie z kiepskim "tasiemcem" (wybaczcie, moje określenie na bardzo długie serie, których autor nie wie, kiedy należało je zakończyć) - wszystkie te elementy wskazują, że "Bogini oceanu" to historia z gatunku tych banalnych i przewidywalnych. Mimo wszystko dałam jej szansę, licząc na to, że "Mała syrenka" w takim wydaniu będzie miała chociaż szczątkowy urok oryginału.

Całość napisana jest poprawnie i "Bogini (...)" czyta się niezwykle szybko - należy do tych książek na jeden, góra dwa wieczory. Tyle plusów.

Najbardziej boli mnie kreacja postaci. A raczej jej pobieżność. Żadna z nich nie wzbudziła we mnie emocji - ani pozytywnych, ani negatywnych. Nieraz, nie mogłam też stwierdzić, czy za ich działaniami stał jakiś powód czy rzut kostką. Irytował mnie zwłaszcza fakt, że CC, główna bohaterka i osoba służąca w wojsku, bez żadnego zastrzeżenia czy chwili refleksji przyjmuje to, co ją spotyka. Rodzina zapomniała o moich urodzinach, jedyną sensowną opcją wydaje się przeprowadzenie dziwnego rytuału z równie dziwnej książki? No jasne, kto by postąpił inaczej?! Syrena chce się zamienić ze mną ciałami? Wow, ale super pomysł! Nowo poznana kobieta mówi mi, że jest starożytną boginią? Pff, przecież to zdarza się codziennie...

Nie zrozumcie mnie źle, ja rozumiem, że to książka fantastyczna i magia jest tu ok, ale takie poprowadzenie fabuły wymaga przedstawienia choć minimalnych rozterek u bohatera, zwłaszcza, jeśli jest to osoba wojskowa, która - przynajmniej mnie - kojarzy się z pewną nieufnością, odpowiedzialnością i logicznym myśleniem.

Fabuła sama w sobie jest prosta jak drut i niemiłosiernie wręcz przewidywalna. Zaskoczyły mnie może dwie rzeczy, z których jedną było zakończenie. Miało ono szansę odrobinę dodać tej książce w moich oczach, ale kiedy już chciałam pochwalić autorkę za klimat oryginalnej "Małej syrenki", coś jej się odwidziało i - SPOILER - wszystko zakończył przesłodzony happy end...

Jasne, lekkie "odmóżdżacze" są potrzebne, wiem o tym z własnego doświadczenia. Ale jest ich na tyle dużo, że z pewnością znajdziecie coś, przy czym "Bogini oceanu" będzie mogła się schować. Śmiem nawet twierdzić, że nie będzie to żadnym wyzwaniem.
Tytuł: Bogini oceanu
Tytuł oryginału: Goddess of the Sea 
Autor: Phyllis Christine Cast
Tłumaczenie: Katarzyna Malita
Wydawnictwo: Książnica
Ilość stron: 408